Sejny, jakie pamiętam"Sejny miasta niewielka, ale słynna nad wszelka, bo gimnazjum tam się mieści, a w nim uczniów coś że dwieści, przyjeżdżają ze świata..."
I weź tu człowieku po tylu latach odtwórz, jak to wyglądało w czasach mego dzieciństwa, gdy wszystko w pamięci zaciera się i pozostają tylko fragmenty, a współcześnie próżno szukać wspomnień, kiedy już nie ci ludzie i nie ta atmosfera. Ale przecież coś tam zostało. Przede wszystkim potężna bryła kościoła z byłym klasztorem. Widok ten od przeszło dwustu lat wita każdego przyjeżdżającego gościa. Wnętrze bogate, ozdobne, dawniej bardziej szare. Przed kościołem plac z kaplicą św. Agaty, wówczas brukowany kocimi łbami; przy bramie kościoła i na stopniach siedzieli żebracy - po kilku codziennie, mnóstwo - w większe święta. Każdy z miseczką i różańcem. Idziemy (w wyobraźni już tylko) lekko w dół, za aptekę i za "filary" (albo - jak teraz mówią - sukiennice; nieistniejące, niestety). Oto mnogość kramów żydowskich w ciekawej budowli, wspartej na kolumnach, mającej kształt trójkąta. Chodnik drewniany. Kupić można tu w zasadzie wszystko, czy najlepszego gatunku - to już rzecz dyskusyjna. Za przewężeniem - "babski rynek", zakończony ratuszem, czyli "magistratem" z posterunkiem policji, remizą ochotniczej straży pożarnej i starą elektrownią. Na rogu, nieco wysunięty, kiosk z gazetami, papierosami i galanterią. Idąc dalej ulicą, dawniej Piłsudskiego, mijamy po prawej "pałac biskupi", po lewej pocztę, żydowską szkołę i synagogę. Poza nazwą ulicy zmieniło się nie tak dużo. Mały placyk i skręcamy lekko w prawo. Wylot w stronę Gib. Na końcu, po lewej, od początku lat trzydziestych stał Dom Ludowy z salą teatralną; po prawej - "bojnia" (rzeźnia) i żydowskie mogiłki. Na mogiłkach obowiązkowo straszyło. W "bojni" oprócz naszego Budrewicza był żydowski "chazan", który dokonywał uboju rytualnego. Cała trasa - brukowana, po bokach układane chodniki ("trotuary"), częśdowo drewniane. To było centrum. Tu był handel, sklepy, miejsce przechadzek w niedzielę po mszy, defilad i innych uroczystości. Tu czasem wychodził z magistratu woźny w uniformie, dzwonił i obwieszczał zarządzenia. Ale życie płynęło i w innych częściach miasta, jak choćby (od zachodu) na ulicy Zawadzkiego (Władysława - d-cy powstania z 1919 r., który tam zginął, a nie Aleksandra), od południa na ul. Łącznej i Berzniaku, od wschodu na "Koziarce" i wreszcie od północy na ul. Napoleona i Kalwaryjskiej, które kończyły się pod lasem (poczciwy "Borek"), gdzie było boisko sportowe i od 1934 r. szkoła powszechna. Domy w centrum były przeważnie murowane, na peryferiach - drewniane .Poza główną trasą przy domach znajdowały się ogrody i sady przechodzące w łąki i pola. Jeśli posesja dochodziła do rzeki (jakże czystej wówczas Marychy), obowiązkowo stawiano na wodzie "łazienkę". Była to kryta budka, wznoszona na palach, gdzie można było rozebrać się i zażyć kąpieli bez wystawiania się na widok publiczny. W ogóle było dużo miejsca, zieleni, bez tłoku, spokojnie. I tak też - spokojnie - płynęło życie wśród codziennych problemów, znajomych trosk i radości. Niemal wszyscy znali się. Oczywiście były "klasy" społeczne, był w pierwszym rzędzie podział na katolików i żydów. Ci ostatni (ok. 50 proc.) żyli właściwie życiem odrębnym, ale nie całkiem hermetycznym. Na ogół było dość biednie. Ale przy ok. 3000 mieszkańców - sklepików było chyba pięciokrotnie, a rzemieślników trzykrotnie więcej niż obecnie. Ożywienie gospodarcze wnosiła, jak byśmy dziś powiedzieli, "obsługa" okolicznego rolnictwa. Nas, dzieciarnię, obchodziło to mniej. Byle nie być głodnym i mieć z kim się bawić, bo miejsca nie brakło. Kolegów też, gdyż spotykaliśmy się wszyscy w jednej szkole. Co robili starsi? Telewizja nie istniała. Radio dopiero rozpowszechniało się. Zatem był czas na "działalność" oraz życie towarzyskie. A "działalność" traktowano wówczas bezinteresownie i rozrywkowo. Teatr amatorski wystawiał różne sztuki dwa razy do roku. Był i Bałucki i Fredro, a nawet coś w rodzaju operetki: "Laleczka z saskiej porcelany" oraz wyjątki z "Fausta". Były występy chóru szkolnego, chóru gimnazjalnego, orkiestry wojskowej. Obowiązkowe akademie z okazji świąt państwowych. No, nieco innych niż dziś. Oczywiście z okazji 3 Maja i 11 Listopada odbywały się uroczyste defilady. Szło wojsko (24 bat. KOP), strzelcy, strażacy, harcerze. Ile emocji i strachu by "nie zgubić nogi"! Raz do roku, latem, wojsko urządzało "festyn ludowy". Odbywał się on w "Borku", na tzw. Kleryckim Placu. Czego tam nie było: i wędka szczęścia była, i loteria fantowa była, i bufet, i estrada do tańca, i biegi na wrotkach, i biegi z jajkiem na łyżce trzymanej w zębach, i strzelnica... no i oczywiście wysoki słup wysmarowany mydłem, a na jego wierzchołku pół litra i pęto kiełbasy. I dziwne, po festynie na placu nie uświadczyłeś papierków ni śmieci. Były i rozrywki mniej wymyślne, straszyło się żydków w czsie "święta szbasów", czyli jak u nas mówiono "kuczek". Oni zaś wykupywali się "macami". Opowiadano nam, że dobre "mace" muszą zawierać odrobinę krwi chrześcijańskiej. Wierzyliśmy, że gdy Żydzi w "sądny dzień" zbiorą się w synagodze, o północy pojawi się diabeł i jednego z nich porwie. Wpuszczało się im więc koło północy wronę lub kota, wzbudzając panikę. Prawdziwy sądny dzień nastąpił później, a diabeł, który pojawił się, porwał większość z nich. W ogóle z dzieciarnią żydowską stykaliśmy się dopiero w klasie piątej. Cztery pierwsze przerabiali om w swojej szkole. Współżycie było słabe, ale żadna dyskryminacja ze strony nauczycieli nie miała miejsca. Mieszkańcy miasteczka stanowili ciekawą mieszaninę. Byli to potomkowie dawnych mieszczan oraz zubożałej szlachty, którzy po sprzedaniu majętności (potężnie zadłużonych), tu się pobudowali. Zwyczaje i język ukształtowały się w mieszance polsko-litewskiej z dawnej guberni - z nieuniknionymi, drobnymi naleciałościami rosyjskimi. Powszechnie używano takich określeń, jak "porszuk" (śwniak), "pacuk" (szczur) i innych - dla przybyszów z zewnątrz niezrozumiałych. Rozlegało się często, wśród zabawy, wołanie matki: "Ziutaak! Ci ty już podjadszy?" Albo wieczorem: "Antaak, padła, do domu! Ja cię nie bojś!" Ginie z wolna ta gwara. Choć jeszcze niedawno podwieziony samochodem chłopak powiedział: "Żeby miał cokolek, to by dał za fatyga". Nieco powiewu wielkiego świata wprowadzali do Sejn uczniowie gimnazjum. Prawie trzecia ich część przyjeżdżała z Warszawy i Śląska, a także z Suwałk. Byli to "weterani" wielokrotnie zmieniający szkoły. Tu jakoś wyrastali na porządnych ludzi, ale i wnosili w nasze życie sporo fantazji. Dzięki nim m.in. rozpowszechniły się takie nieznane dyscypliny sportu, jak: koszykówka, boks, hokej itp., nie mówiąc o kajakarstwie. Dużo humoru i ożywienia przywozili ze sobą wracający na wakacje studenci, jak - bracia Jasionowscy, Przyroscy czy Rysiek Pieńczykowski. Oni byli np. autorami piosenek w stylu regionalnym: "Sejny, miasta niewielka..." czy "Był ja raz poszedszy do sejęskiej kiny..." I tak to się u nas żyło w owe lata... Spokojnie, w zgodzie z przyrodą, ale dziwne - bez nudy. Czy byli "chuligani"? Oczywiście, tyle że dziś każdy z nich uchodziłby za grzecznego chłopca. Złodziejstwa? Owszem, zdarzały się. Tyle, że znów obowiązywał swoisty kodeks. Nie okradano biednych, ludzi cieszących się szacunkiem, no i sąsiadów. Czy wszystko to już "przeminąwszy". Wojna, okupacja, ofiary i wreszcie powojenne wędrówki ludów, a także wpływ społeczności wiejskiej - wszystko to zatarło dawny wygląd, obyczaj i język. Ale powspominać warto. Może coś z tego zostanie dla potomnych. Jerzy Klimko “Sejneńskie Wieści” Nr 8/93 Pobierz tekst
|